Polub nas na facebook

[Powrót do góry]

Relacje >> GUANO ÜBER ALLES, czyli jak Dywizja GA podbiła Rzeszowczyznę - Rzeszów 2013 [Relacja]

Relacja by:

  • shvGAier
  • Babcia
  • Mumin

Rzeszów. Z czego słynie miasto Rzeszów? Czym wyróżnia się stolica Podkarpacia? Rzeszowianie na pewno wymieniliby wiele charakterystycznych cech, które czynią Rzeszów miejscem unikalnym. Dla nas Rzeszów stał się miastem wyjątkowym po wydarzeniach z 28 czerwca 2013 roku. Data-legenda. Miasto-legenda. A w nim zespół-legenda, który wystąpił na polskiej ziemi po raz siódmy w historii. I totalnie skopał nam tyłki... Ała. Jesteśmy masochistami. Lubimy to.

"Polski bas dat kom"

Pobudka 6:45. Dla mnie nieludzka godzina, ale akurat tego poranka szybko zbieram dupę z łoża. Poranna kuweta, ekspresowe śniadanie, koncertowe niezbędniki, ornamenty metala, biało-czerwona flaga na "drągu", maska ducha (que?), zarzucam torbę na ramię i już wbijam w prywatny transport samochodowy. Mknę na Katowice z "You can't stop me" na głośnikach. Chwilę po 8 melduję się na dworcu PKS tuż przed wściekle czerwonym piętrowym gigantem podróżniczym na trzech osiach. Rozgrzewający się potwór wita mnie jakże przyjaznym napisem na pysku "P12". Poniżej "Rzeszów" mówi mi już nieco więcej. Podkarpacie - nadciągamy!

Człowiek-odblaskowa kamizelka odhacza mnie na liście i wbijam do środka. Wchodzę na górę i od razu trafiam na wcale nie tak bardzo zaspanego Kamyka stacjonującego już na przyokiennym fotelu. "Siema, siema". Siadam obok i zaczyna się tradycyjna konwersacyjna rozpierducha.

[Rozmowa z Kamykiem to studnia bez dna, jeden temat nakręca kolejne, jeden wątek kopuluje z drugim i dziesiątym, czysty dialogowy amok. Ziom, przyznaję Ci za to wszem i wobec znaczek jakości Q. Nie z każdym łapie się taki konwersacyjny trans. Piękne kobiety w Opolu chyba też mają takie zdanie - you know what I mean ;) Dobra, starczy tego łechtania.]

W ferworze rozmowy ledwo wyłapuję fakt dziewiczego przemieszczenia się naszego czerwonego kolosa na kółkach. Hej, polski bas dat kom, (jak po angielskiemu powiedziała kobieta-głośnik) dajesz, dajesz, wszystkie silnikowe kucyki mają pracować kuwa! Uderzamy na Rzeszów!

TYMCZASEM W POLSKIM BUSIE ZE STOLYCY

Dzieją się dziwne rzeczy - rozpoczynamy emocjonalny rollercoster. Babcia nachrzania na komórce, choć ma "mało baterii na koncie". Bo ma z Muminem zgodę na wywiad z GA, a nie wie kiedy, gdzie, z kim, jak, po co, za ile i dlaczego. BO TO MA BYĆ JEDYNY WYWIAD Z NIMI W TYM KRAJU! I my? MY?! Nosz jasne - przecież to DYWIZJA!

Gadamy. Załatwiamy. W jednym zdaniu wyrażam radość (wiem już kiedy!) i wściekłość (nie wiem gdzie!). Nasze paszczęki ciągle w ruchu. Na raz, dwa, trzy... wszyscy w busie robią facepalm! Ale po dwóch godzinach już wszystko wiemy. Nie wierzymy! Na przerwie Babcia dopowietrza się nikotyną i czuje jak iskierka odpala w jej ciele emocjonalną bombę wodorową. UMIERAMY z najarania! Ale twardo jedziemy!

Herzlich Wilkommen in Karpatenvorland

Po godzinie dotarliśmy do Krakowa. Sporo ludzi wysiadło. Parę minut przerwy, jakiś domowy sandwich, łyk bezimiennej coli (nie znalazłem "Szwagra" to wziąłem zwykłą, klasyczną etykietkę), kilka wdechów małopolskiego powietrza i z powrotem do busa.

[Nieco ponad miesiąc wcześniej byliśmy w Krakowie na Czyżynaliach. Fakty tour'owe GA są takie, że między Krakowem i Rzeszowem Apesi zagrali tylko raz - w Stuttgarcie. Można by powiedzieć, że przyjeżdżają do nas co chwilę. Mogliby grać w Polsce każdy co drugi koncert - nikt z nas by się chyba nie obraził. Ewentualnie by zbankrutował.]

W busie miałem się uczyć na egzamin, który czekał mnie w niedzielę. Próbę podjąłem. Po pięciu minutach zmagań z notatkami spektakularnie jednak poległem. Skończyło się nawet całkiem komfortowym snem. Obudził mnie "szturch" Kamyka. Open Your Eyes. Dojeżdżamy. Włożyłem pospiesznie soczewki co by zobaczyć to miasto, w którym GA ma zrobić zadymę. No i zobaczyłem. Przed oczyma głowy mojej pojawiła się wielka c... ienka, strzelista bryła, tzw. Pomnik Czynu Rewolucyjnego, symbol miasta.

Dworzec dworcowi nierówny

Z Warszawy mknął w tym czasie P10, który w trakcie podróży pozdrawiał nasze P12 via facebook. Katowice (ja, Kamyk) do Rzeszowa dotarły pierwsze. Szybki kontakt telefoniczny z będącą jeszcze "w locie" Warszawą - "będziemy za pół godziny". Mamy chwilę to może przejdziemy się, podejdziemy bliżej tej cienkiej budowli. Jak postanowili, tak zrobili. Kilka "ginekologicznych" fotek, głupich żartów i wbiliśmy do c... centrum handlowego. Galeria Rzeszów okazała się miejscem intensywnie łechtającym męskie gałki oczne. Być może nie bez kozery postawiono w Rzeszowie właśnie taki matriarchalny pomnik. Chyba kręcą drugą część "Seksmisji" - pomyśleliśmy. Wszędzie kobiety! Bardzo szybko polubiliśmy to miasto. Po kilkunastu minutach musieliśmy jednak opuścić tę komercyjną świątynię pokus. Ale na ulicach Rzeszowa sytuacja wcale nie wyglądała inaczej. Ponadto w kilkuminutowej perspektywie mieliśmy przyjazd naszej najwspanialszej żeńskiej sekcji fanklubowej.

Okazało się jednak, że polski-bas-dat-kom wysadził Babcię, Greed, Mumina i Sylvię w zupełnie innym miejscu niż nas. Błyskawicznie zorganizowaliśmy jednak akcję poszukiwawczą. Opierając się na gps-owych wskazówkach tubylców po około kwadransie zdołaliśmy zjednoczyć fanklubowe siły. Po powitalnych czułościach i pieszczotach ruszyliśmy w stronę "zaklepanego" apartamentu. Po drodze natknęliśmy się na "Słoneczko"...

W dalszej części trasy trafiliśmy z kolei na kram, którego asortyment momentalnie przykuł naszą uwagę. Biało-czerwone flagi grzały się w rzeszowskim słońcu. Po ile? "Po 25, ale mogę dać za 23". W końcu nie wzięliśmy, a ja podobno kopnąłem gołębia...

[Mój umysł nie zakodował takiego wydarzenia. Przecież bym chyba poczuł, nie? Ale niech Ci będzie, Greed. Kopanie gołębi to moje hobby. Wiadomix. Ale nietoperza bym nie skrzywdził...]

Prawie jak Hotel (Rzeszów)

Dotarliśmy do naszego legowiska. I to jakże komfortowego i świetnie zlokalizowanego. Choć była nas szóstka to spania starczyłoby dla całej jedenastki meczowej, a licząc przestronny taras z drewnianym stolikiem i ławkami to nawet dla całej kadry. Do tego telewizor, lodówka, kuchnia, błyszcząca czystością łazienka. Furorę zrobiła też sporych rozmiarów szafa.

OTWIERA SIĘ PRZED NAMI ŚWIAT NARNII!

Bardzo miłe żeńskie dwuosobowe właścicielstwo zostawiło nam klucze życząc dobrej zabawy na koncercie. W końcu nadszedł czas na zbrojenia - ruszyliśmy do Biedronki! Sorry, zbędna hiperbolizacja z "ruszyliśmy". Tak naprawdę to nie była żadna wielka wyprawa. Po prostu wyszliśmy z naszego apartamentu i już staliśmy przy bananach, pączkach i innych kapuśniaczkach. Można powiedzieć, że do naszego lokum mieliśmy wbudowaną Biedronkę w cenie noclegu. Kilkanaście minut i już stoimy przy kasie. Na rachunku znalazły się jakieś bułki, butelkowe drinki, browarki i orzechowy specjał Kamyka. Po paru minutach cały apartament oddawał się już alkoholizacji i przedkoncertowej mobilizacji emocjonalnej. Do tego delikatne finalne machnięcia pędzelkiem wieńczyły komplet mini dzieł sztuki. Dziewczyny wykonały zajebiste souveniry w postaci breloków - dla zespołu i dla nas. Fajnie, fajnie, ale wypadałoby jednak zjeść jakieś pierogi, nie? Po czym poszli w miasto...

W słońcu rzeszowskiego rynku

Pogoda sprzyjała koncertom. I spacerom po rzeszowskim rynku również. Trochę się pokręciliśmy, poszwędaliśmy tu i tam, no i jest! Schowane w podziemiach biuro festiwalowe. Babcia i Mumin sprawnie zaopatrzyły się w akredytacje - wymachując nimi na lewo i prawo rozpływały się z ekscytacji na oczach całego rynku. W końcu gwiazdy zgodziły się na foto z plebsem. I oto jest.

Kolejnym punktem naszej wycieczki był posiłek. Ulokowaliśmy się pod jednym z rynkowych parasoli - browarek, pierogi, placki i orzechowa turbocola Kamyka na stole. Najedzeni ruszyliśmy na poszukiwanie flagi. Polowanie na biało-czerwony poliestrowy materiał i zestaw markerów zakończyło się błyskawicznym sukcesem. Wiadomix. Choć ja wziąłbym jeszcze globus...

Tarasowe malowidła

Wróciliśmy do apartamentu, gdzie miały rozpocząć się właściwe przygotowania do koncertu. Najpierw sesja pornograficzna niemal całej ekipy na podwójnym łóżku - było dziko. Tak działa na nas połączenie alkoholu z lodami. To Greed zrobiła wszystkim pyszne lody z bitą śmietaną... Dobra, markery w dłonie i do dzieła. Na fladze z "badylem" pojawił się apesowy nietoperz (dzięki Babcia) odrysowany od papierowo-taśmowej "płaskorzeźby", którą w porywie emocji i chwilowego talentu jakimś cudem stworzyłem przy okazji krakowskiego koncertu GA w 2011 roku. Michał Anioł to to nie jest, ale i tak jestem z siebie dumny.

Potem jeszcze flaga zyskała dopisek GUANO APES i... zdziwiłem się, bo nawet mi to wyszło. A przecież w podstawówce to moja siostrzyczka za mnie malowała i wycinała wszystko na plastykę.

A taką funkcję spełniała maska ducha. Poniżej na babcinej twarzy. Postanowiłem sobie, że od tej pory maskę ghosta będę brał ze sobą na każdy koncert GA. Taki fetysz.

Na tarasowym murku odbywał się markerowy tuning drugiej flagi. Dziewczyny pracowały w pocie czoła, z wielką dokładnością pisząc kolejne litery. P-O-L-I-S-H D-I-V-I-S-I-O-N. Mumin wykonała całą sesję zdjęć "work in progress", jeszcze kilka chwil, parę poprawek i gotowe. Atrybuty koncertowe ready. A na murku została pamiątka. Moc markera przebiła przez flagę i zostawiła malowidło godne prastarych jaskiniowych ilustracji.

Kolejnym etapem przygotowań było zadbanie o własną stylówę - dziewczyny zrobiły się na bóstwa (na szczęście wystarczyła jedna łazienka), prostownice, zalotki, nienaganny make up, do tego wszyscy włożyli maski wielkiego podekscytowania - no i co? Nadejszła wiekopomna chwila - IDZIEMY NA WYWIAD Z GUANO APES!

DZIENNIKARKI NA psychoTROPIE

Marzymy o setce %. Denerwujemy się bardziej niż przed rozmową kwalifikacyjną albo walką o życie. Powtarzamy sobie "CO MY K...WA ROBIMY?" na przemian z "I TO NA WŁASNE ŻYCZENIE!". Ciało Babci ze starości odmawia posłuszeństwa - nie może się zdecydować czy rzygać ze zdenerwowania czy mdleć ze szczęścia. Więc po prostu idziemy. Siłą bezwładności. Idziemy skazane na... niebo!

Ile gwiazd w hotelu - taki hotel (****)

Czterogwiazdkowy Hotel Rzeszów, w którym stacjonowali Apesi, połączony był z Galerią Rzeszów. Hotelowo-handlowy kompleks pod względem orientacyjnym nie był zbyt przyjazny. Ale koniec języka za przewodnika - tak mawiają. I okazuje się, że dobrze gadają, polać im! Zaczepiony przez nas rowerzysta rozwiał nasze troski i wątpliwości lapidarnym aczkolwiek rzeczowym "w prawo, będzie napis HR". Po chwili nasze dwie delegatki były gotowe do wejścia do środka i obrabowania zespołu z wszelkich informacji o nowej płycie, rzeszowskim koncercie, preferencjach seksualnych i ilości nieślubnych dzieci jego członków (sic!). W końcu zrobiły to. Wsiadły do windy. Drzwi zasunęły się. Było przed 20.30.

WYGRANA W TOTOLOTKA TO PRZY TYM NIC!

Windą do nieba! Wychodzimy. Po prawej restauracja ("Tam jest setka! Tam jest setka!"), w stronę której nas lekko (a nawet bardziej niż lekko) znosi. Niemniej, pełen profesjonalizm. Podbijamy lobby! Pytamy recepcjonistek o naszą sprawę. Niepokojące głosy słyszymy "Ale ONI już chyba pojechali". Znowu roller-coaster! Telefon do tour managera. "I'll be in three minutes".

Tour manager wita się z nami lustrując twarze jakby te były co najmniej legitymacjami FBI. Poszedł po kogoś OD NICH. Kalkulujemy. Szanse na spotkanie Sandry na wywiadzie są jak 1 do 666x666 i tak 666 razy. Liczymy więc na Henninga. Ale dwie humanistki dobre w liczeniu nie są. Tour menago wraca i wypowiada słowa, które Babcia wygraweruje sobie na nieśmiertelniku: "SHE IS COMING". W tym momencie przestałyśmy być grzecznymi dziewczynkami. Zapomniałyśmy o magicznych słowach w rodzaju: "Thx for info, man!". Przesłyszałyśmy się na pewno.

Gadamy z Tour Menago, siedzimy, siedzimy i nagle STUDE kręci się przy recepcji. Zachwycona tym faktem chciałam szturchnąć Babcię z tekstem "patrz, Stude!". Na szczęście w ostatniej chwili się opanowałam, bo przecież jesteśmy poważnymi dziennikarkami a przed nami siedzi ich tour menager.. moje fangirlsowskie popędy w jego stronę nie przejęły władzy nade mną, udało mi się siedzieć spokojnie na dupie i nie zwracać na siebie większej uwagi.. tak więc Stude sobie poszedł.. siedzimy dalej, nie wierzymy, siedzimy... I wraca STUDE.

Tour Menago: "Oh, hi, Sandra!"

Stude podchwytuje: "Hi, I'm Sandra"

A więc witamy się z "Sandrą", a w głowie Babci tłucze się pytanie "O co ja mam go pytać?!"

Tym czasem w głowie Mumina "WTF, what's going on here?! Stuuuuudeeeeee, YAAAAAAAY!"

Odchodzi. Teoretycznie już powinna, ale jeszcze nie dociera do nas najwspanialsza prawda. Tour menago nie żartował. Zejdzie Sandra! Szykujemy sie powoli na część oficjalną. Sandra przecież zawsze na wywiadach jest oficjalna.

Winda. I.... SANDRA - THE SUNSHINE! Uśmiech od Alaski po Kamczatkę przez Polskę! CO JEST?! Pewnym krokiem zmierza do nas. Mija tour menago. Próbujemy z Muminem zachować spokój. AKURAT! Witamy się, próbując nie myśleć o tym , że już nigdy przenigdy nie umyjemy prawych rąk! AKURAT! Próbujemy zająć nasze miejsca na jednej kanapie, bo jeszcze myślimy logicznie i widzimy, że naprzeciwko nas siedzi tour menago i jest wolne miejsce. Wszelkie nasze próby W PIZDU! Sandra będzie siedzieć z nami.

Wywiad, a w zasadzie girls talk. Tylko piwa nam brakuje. Sandra promienieje! Zapuszcza żurawia do moich notatek, które nawet postawione w pionie, zgięte i zjedzone nie umknęłyby jej oczom. Babcia gapi się jak cielę na jej bluzkę, bo uświadamia sobie, że jest z jej "nowej kolekcji", której jeszcze nie znamy na pamięć. Muminek pod koniec wywiadu przypomina sobie, że przecież miała robić zdjęcia. DEVIL BLESS THE SATAN for that! Te 30 sekund przerwy natychają Babcię do kolejnego pytania. Cały czas Babcia ma zaciesz, Mumin ma zaciesz, Sandra ma zaciesz. Nabija się z nas niesamowicie. Jesteśmy pewne, że potem wszystkie trzy będziemy miały zakwasy twarzy.

Serce pęka na milion kawałków, kiedy musimy kończyć. I drży jednocześnie, gdy... się ujawniamy. Sandra jakoś mało zaskoczona (czyżby Stude ją uprzedził?). Prezenty i Sandra ma jeszcze większy zaciesz. Autografy. Musimy iść. Sandrze się nie chce. Nam też. Ale przecież koncert! Musimy zdążyć! Tylko ta myśl powoduje, że jesteśmy w stanie się z nią (a ona z nami!) rozstać. No bo przecież, za dwie godziny.... Nieważne te dwie godziny. Sandra poszła, jakiś gościu ją złapał o foto na co prawie już zanikłe zwoje mózgowe inteligentnej inaczej blond Mumin przekazały jej że.. "Babcia, nie zrobiłyśmy sobie z nią zdjęcia!"... tzn, ja nie zrobiłam.

O, patrz, Stude sobie idzie

Została nas czwórka. No licząc komary to gdzieś setka. Łyknąłem z gwinta kamykową turbocolę. Yyyyy... Nie, jednak jeszcze nie. Zły dotyk rzeczywiście boli całe życie. Od czasu pewnego incydentu orzech to nie jest mój ulubiony alkoholowy smak. No nic. Siedzimy. Nic się nie dzieje. Telefonicznie próbujemy załatwić kogoś do nagrania transmisji koncertu. Bezskutecznie.

Nagle Greed zaczęła się dusić. Nie mogła wyrzucić słowa ze swojego jestestwa. Urywany jękokrztusiec złośliwy. Czyli wiedz, że coś się dzieje. I działo się. Oczy Greed były wytrzeszczone nie bez kozery. STUDE! JA, DAS IST STUDE! Stude, jego siatka i jakiś gość szli sobie we trójkę w stronę drzwi wejściowych do hotelu. Weszli do środka. Spetryfikowani siedzieliśmy na murku, jakoś dziwnie kompletnie bezradni wobec swojej ruchowej niedyspozycji. Dźwiękowe tło tamtej rzeczywistości tworzył dobiegający z jezdni ryk rzeszowskich silników zmieszany z gardłowymi audiosygnałami siedzącej po mojej prawicy Greed. Całkowity no-speech, zaniemogliśmy. W takim wieku...

W końcu jednak zdołałem odzyskać kontrolę nad ciałem i ruszyłem w stronę wejścia. Stude już nas zauważył. Wyszedł do nas - normalnie Habemus papam! Mamy go! Już podpisuje się na fladze z "drągiem", pyta czy będziemy na koncercie, mówimy "No, rejczel, Stefek". Po chwili Stude bezceremonialnie odrzuca siatkę gdzieś na bok i wszyscy po kolei pozujemy do zdjęć z apesowym basmanem. Radocha, że kumba yo normalnie! Wymieniamy jeszcze uśmiechy i pozdrowienia i po chwili Stude znika w windzie razem z siatką i kolegą.

Podjarani komentujemy całe wydarzenie rechocząc co chwilę z uciechy, która nas spotkała. Ej, może ktoś jeszcze przyjdzie. Niestety. Pojawiły się tylko jakieś dziwne typy spod ciemnej, bardzo marnie ubranej, gwiazdy, potem siakieś laski. Gadali, kurzyli, zanieczyszczali środowisko, nic pożytecznego. W końcu wróciły nasze dziennikarki - Babcia i Mumin. Uchachane jakby spotkały się z Sandrą. No, bo spotkały się z nią!!! Opowiedziały nam wszystko - o tym jak siedziały z nią na jednej kanapie, o tym, że Sandra była pretty in white, o tym jak bardzo pozytywnie była nastawiona do rozmowy, o nowej płycie, o wręczonych brelokach, o autografach, o flagach, których miała szukać wzrokiem na koncercie. Marzenie. My pochwaliliśmy się naszą "stefanową" przygodą, taką zajebistą, bo wydarzyła się kompletnie znienacka. Zaczęliśmy iść bez zastanowienia w jakąś losowo wybraną stronę. Po chwili uświadomiliśmy sobie bezcelowość naszego iścia - ale nie było się co dziwić. Emocje cały czas w nas pulsowały. A przecież przed nami jeszcze cały koncert!

Wróciliśmy do apartamentu zostawić autografy i niepotrzebny bagaż (i po łyk piwa). Zapadła świetna ogólnofanklubowa decyzja - dzwonimy po taxi. Przejazd pod stadion rzeszowskiej Stali, na której odbywały się koncerty, wyniósł nas całe 12 zł, czyli po 2 zł na łebka. Nie spodziewaliśmy się, że będzie aż tak tanio. Nie przewidzieliśmy też aż takich tłumów na stadionie. Niby koniec roku szkolnego, świadectwa maturalne rozdane, generalnie wakacje, ale 30 tysięcy ludzi na jakimś nie do końca jeszcze rozpoznawalnym kulturowym evencie muzycznym? Nie pomyliliśmy się jednak co do piknikowego charakteru imprezy. Zbliżyć się pod scenę, notabene będącą całkiem oryginalną propozycją przestrzenną, było bardzo łatwo. Tu ktoś sobie siedzi na ławce wcinając kiełbasę, tu ktoś sobie kurzy, ludzie stoją i obserwują sceniczne wydarzenia dzierżąc w dłoniach plastikowe kubki z piwem. Bez spiny. A propos - skoczyliśmy po browary, wymiana 6 złotych na żeton i po kilku chwilach alkohol był już nasz. Po paru minutach spotkaliśmy się z akredytowanymi Babcią i Muminem, które na obiekt wchodziły wejściem dla mediów.

LIMITED EDITION W KOMPLECIE

Wykorzystałyśmy badże w szczytnym celu. Znalazłyśmy Pezi i Izę w pierwszym rzędzie i z fosy przekazałyśmy maniaczkom ostatnie dwa breloki z limited edition. Dziewczyny prawie połamały sobie żebra "skacząc" z radości na barierki i próbujac uściskać Mumina w podzięce. Zostawiamy je, choć najchętniej właśnie tam - z nimi - robiłybyśmy zdjęcia. Jednak fosa mała. Trzeba obczaić lepszy punkt orientacyjny.

Grała i śpiewała Julia Marcell, potem Myslovitz i białoruski N.R.M., który wyróżnił się scenicznym strojem w postaci złotych peleryn. Takie okrycie dostali też widzowie - trza przyznać, oryginalny pomysł. I do tego wypalił.

Zbliżaliśmy się w stronę sceny. Zaczailiśmy się z lewej strony. Nasze flagi już powiewały w powietrzu. Godzina 22:23. Dostaję smsa od rekonwalescenta KamaDa, którego zabrakło na koncercie GA po raz pierwszy i ostatni. Ten człowiek jest w stanie oddać za ten zespół zdrowie. W smsie napisał, że widział flagę w TV. Znaczy się, że dobrze machamy!

Grają kolejne zespoły - ekipa z Azerbejdżanu, do której po kilku minutach dołącza Voo Voo. W końcu przyszedł czas na Comę & Guano Apes, które miały wykonać wspólnie jeden utwór. Wyszli Witos, Kobez, Matusz i Marszał. Na górze sceny pojawił się w końcu wymalowany Roguc. "Na pół", "Transfuzja" i "Los cebula". Pożegnali się i zeszli ze sceny. Nie było "duetu" z GA. Pourquoi? Nie wiadomo. Ale co tam. Dla nas zaczynało się najlepsze...

I stało się Guano

Na scenie krzątanina. Przeciąganie kabli, ustawianie statywów i mikrofonów, przyklejanie setlist. Wszystko w ekspresowym tempie. Czas oczekiwania umilał Mateusz Pospieszalski w Voo Voo, który ze scenicznego balkonu raczył publiczność trąbkową solówką. Fajnie, fajnie, ale dobrze, że szybko skończył. Ucichło, uspokoiło się, zamarło. I w końcu! Dennis przywalił w gary, Henning odpalił gitarę, zaczął pulsować bas Stude. JEDZIEMY! Open your eyes! Pojawiła się i Ona. Przywitała się zadziornym YEAH! I ruszyła ze zwrotką. Zaczęło się na dobre!

Za naszymi fanklubowymi flagami wysoko w górę wystrzeliły emocje 30-tysięcznego tłumu. Entuzjazm Sandry promieniował na wszystkie strony. Energia krążyła jak szalona, a my skakaliśmy jakby to miał być ostatni koncert w naszym życiu. Nie da się ukryć, porwali nas od samego początku. Wszystkie okoliczności naszego wyjazdu, wydarzenia, które miały miejsce w przeciągu całego tego dnia dodatkowo potęgowały nasze odczucia. Szał ciał i muzyczna orgia dusz. Skakaliśmy dla nich, oni grali dla nas. Dla nas. Wiedzieli, że będziemy. Spodziewali się naszych flag. Dywizja zaznaczyła swoją obecność bardzo dobitnie. Nie dało się nas przeoczyć. Machałem Henningowi flagą niemal przed samym nosem. Tuż za mną Greed, Sylwia i Kamyk eksponowali nasze "Polish Division".

Łapała nas każda telewizyjna kamera. Łapał nas też wzrok Babci i Mumina, która fotograficznie dokumentowała każdą koncertową mikrosytuację. Łapał nas wreszcie, i przede wszystkim, wzrok członków zespołu. Sandra zlokalizowała całą naszą szóstkę. Chyba każdy dostał promienny uśmiech od odzianej w gustowną skórę i jakoś bardzo zadowolonej tego wieczoru ślicznej blondwłosej wokalistki (szkoda, że nie słyszy jak jej słodzę).

Gwóźdź programu

Stałem na szczeblu przy złączeniu barierek. "Wyższy" dzięki temu o kilkanaście centymetrów i z wysoko podniesioną flagę utrudniałem życie kamerom jak mogłem. Markerowy nietoperz górował nad tłumem latając jak oszalały z lewej na prawą stronę, z prawej na lewą. A Henningowi to po dwóch kawałkach się już chyba w oczach mieniło na biało-czerwono. Quietly, Sunday Lover, Fanman. W końcu przyszedł czas When the Ships Arrive z Bel Air. "I leave you tomorrow...", refren, druga zwrotka, refren...

Konfetti, fajna sprawa. Kto nie lubi sobie popodrzucać nad głową kolorowych papierków. Taki bezwarunkowy dziecięcy odruch zawładnął w tamtym momencie śpiewającą na "wybiegu" Sandrą, która schyliła się by nabrać w garści złoto-srebrnego konfetti. Dziecko zapomniało jednak, że w dłoni dzierży już mikrofon. Papierki wystrzeliły w górę, a za nimi najważniejszy koncertowy atrybut każdej wokalistki. JEB! Urządzenie pieprzło w konstrukcję sceny i sturlało się gdzieś pod nogi stojących przy jednej z barierek widzów. Natychmiastowa minipanika Sandry popchnęła ją do biegu w poszukiwaniu pomocy technicznej. Przecież to nie koniec piosnki, trza śpiewać dalej. Szybkie skojarzenie faktów, impuls do działania i Henning już nie miał swojego mikrofonu. Sandra dośpiewała "Ships" przy "stanowisku" gitarzysty po lewej stronie sceny. Po skończonym utworze otrzymała od obsługi technicznej zapasowy mikrofon, a niejaki Merton podjął się akcji poszukiwawczej zagubionego urządzenia. Zguba znalazła się jednak bardzo szybko. Wystarczyło zapytać słodkim głosem czy ktoś nie znalazł mikrofonu. Pisk radości Sandry i już było wiadomo, że sprawa zakończyła się happy endem. Uczciwy znalazca dostał zaproszenie na backstage na 25 piw. Nie wiemy czy z niego skorzystał. Jeśli tak, to jeśli to czyta, to niech się do nas odezwie. Ale obstawiamy, że nie dał rady wypić 25 piw...

Zdobywamy scenę!

Machałem jak p.......y. Już mnie łapa bolała. We use the pain. Kutwa, nie napiszę tego egzaminu w niedzielę, bo mi ręka zaraz odpadnie. Uświadomiłem sobie wtedy, że mam dwie górne kończyny. Lewa ręka zmęczyła się jednak szybciej niż prawa, to potem walczyłem na dwa baty... Wykonywane oburęcznie flagowe wywijasy mieszały się z kolejnymi koncertowymi dźwiękami. Setlista przewidywała czwartą z rzędu kompozycję z Bel Air (łącznie sześć utworów z tego albumu zostało zagranych jeden po drugim) - This Time. Tak, to był szczególny czas. Piosenka adekwatna do okoliczności.

Sandra zbliżała się powoli w moją stronę śpiewając kolejne słowa najpierw drugiej zwrotki, potem refrenu. Przykucnęła i sięgnęła lewą ręką w moją stronę. "Dawaj flagę!" mówił do mnie jej zniewalający uśmiech. No nie mogłem odmówić. Mumin "chwytała" fotograficznie każdą koncertową sytuację. Uroczyste przekazanie flagi nie mogło zostać nieutrwalone. Pamiątka na wieki.

Nasze fanklubowe insygnia znalazły się na scenie. Ręka cały czas śpiewającej Sandry wystrzeliła w górę. Biel i czerwień naszej flagi ukazały się całemu stadionowi i telewizyjnej publiczności. Polska Dywizja zdobyła kolejną scenę!

[Nasza flaga już nie raz gościła na scenie podczas gigów GA. Dla flagi z "drągiem" był to jednak sceniczny debiut. Drugi refren zagranego w Rzeszowie "This Time", podobnie jak wiele innych sytuacji, które miały miejsce tego dnia, przejdzie do historii polskiego fanklubu GA.]

Sandra przeszła na drugą stronę sceny, dośpiewała refren i radośnie powróciła oddając mi flagę. Kolejna wymiana uśmiechów i znów szczytowałem.

Rock with you!

To był prawdziwy OrgazmFest. Co za noc. Oh, what a night! Kolejny utwór z Bel Air wypełnił rzeszowską noc. Atmosfera wrzała, powietrze parzyło mocą rockowego grania. A Apesi rozkręcali imprezę jeszcze bardziej. Krótki pochwalny speech Henninga i "All I wanna do"! Skoczne, dzikie riffy jeszcze bardziej rozbujały koncertowe towarzystwo. "Amazing" rzuciła Sandra. Ekipa z Getyngi nie ustawała w swoich niecnych planach rozniesienia rzeszowskiego obiektu. "Big in where? BIG IN JAPAN BABY!". Szaleństwo. A tu w zanadrzu była jeszcze oczywista oczywistość. Jebło LOTB i nie było już co zbierać. Jedyne co zostało to konfetti i złote "płaszcze" od białoruskiego NRM-u. Skrócony set naprawdę dał radę.

Flaga fajna jest

Ale to nie był koniec emocji. Cała czwórka podeszła na brzeg sceny kłaniając się i posyłając uśmiechy. Dennis wymachiwał do mnie swoimi rozgrzanymi od naparzania w gary kciukami dając znać, że "tak, widzieliśmy Was, było zajebiście". Podszedł bliżej. Do tej pory flagę widział tylko zza perkusji, kilka ładnych metrów w tył. Teraz mógł jej dotknąć. Nie ma sprawy - mogę Ci pożyczyć.

Tak się zdobywa publiczność na koncertach - bierzesz ich flagę i pokazujesz całemu światu jak wielkim szacunkiem ich darzysz. Dennis przeszedł się po scenie tak, żeby każdy zobaczył fanklubowy atrybut w jego dłoni. Wrócił i oddał mi flagę posyłając kolejną serię kciukowych OK. Danke schön, Dennis!

Let's celebrate the night

Poszli. Skończyło się. Ale było co świętować i czym się jarać. Postaliśmy trochę z boku sceny, przy barierkach. A może jednak ktoś po nas przyjdzie i zaproponuje nam te 25 piw? Niestety. Nie doczekaliśmy się. Z drugiej strony sceny spotkaliśmy się z Pezi (73 koncerty GA na koncie) i Izą. Wymiana wrażeń, wspólne "polsko-niemieckie" zdjęcia, żarty i żarciki. Wszędzie dookoła nas leżały złote peleryny od białoruskiego NRM-u. Efekt tego był taki:

Gdzieś po pół godzinie ochroniarzom udało się w końcu nas wygonić z obiektu. Ruszyliśmy świętować do McD. Fotki z odpoczywającym na ławce przed restauracją Rolandem McDonaldem, składanie zamówień, zabawa frytkami, pochłanianie burgerów i już trzeba było się zbierać. Pożegnaliśmy się z Izą i Pezi. Przyjechała taryfa. Ta sama, która nas przywoziła... Wpakowaliśmy się do środka i Babcia zaczęła jeszcze raz opowiadać scena po scenie cały bieg hotelowych wydarzeń. Trzeba zrobić o tym sztukę.

Dotarliśmy do apartamentu. Na retransmisję telewizyjną koncertu było już jednak za późno. Z ciekawszych rzeczy to leciały tylko jakieś erotyki... Dolewka alkoholu, podniecone rozmowy, wymiana filozoficznych prawd o życiu i muzyce. Następnym razem jak przyjadą to dopiero będzie się działo. W końcu polegliśmy na naszych megawygodnych apartamentowych łożach.

Kiss the dawn

"Pobudka!" zarządziła kierowniczka Mumin jakoś przed 6, czyli ze trzy godziny po pójściu spać. Po takim dniu i nocy wstawało się jednak całkiem znośnie. O czym mogliśmy gadać od samego rana? Rock cały czas pulsował w naszych żyłach. Trzeba było się jednak wynosić z przytulnego lokum. Później, tego samego dnia do pokoju miała przyjechać ekipa na wieczór kawalerski. No, tak dobrze jak my, to na pewno się nie bawili. Oddajemy klucze, pozdrawiamy się z panią właścicielką i już podążamy spacerowym krokiem na dworzec. Po drodze jeszcze kilka machnięć flagą w poranne rzeszowskie powietrze, przechodzimy po kładce na drugą stronę ulicy, mijamy wielką c..., hotel Rzeszów i meldujemy się na miejscu zbiórki polskiego basa. Ja i Kamyk żegnamy się czule z naszą cudowną żeńską sekcją i wbijamy do P12. Za chwilę podjeżdża też P10. Dywizja ulokowana w busach. Jedziemy do domu. Ale tak naprawdę to nigdzie nie wyjeżdżamy. Nasze myśli zostają w Rzeszowie.

Still feels like we're children

Skończyło się. Było magicznie. Metafizyka na najwyższych obrotach. Wrażenia nie do opisania. Historia-marzenie. Epickości rzeszowskiej eskapady nie da się wyrazić. Stworzyliśmy kolejną legendę dywizyjnej braci. Siódmy przyjazd Guano Apes do Polski zmienił bieg naszej historii. Był momentem przełomowym i unikatowym. Do końca nie rozumiem czemu. Nie jestem w stanie tego wyjaśnić. Nie wiem skąd ta nasza egzaltacja, rzucanie emocjami we wszystkiego strony, podniecanie się najdrobniejszym szczegółem, cała ta pokoncertowa histeria na FB. Najlepiej i najzwięźlej ujął to chyba Kamyk w jednym z postów - "wpadłem w manię". Nie rozumiem tego, ale nie chcę tego rozumieć. I nie obchodzi mnie, że to jest zapewne mega irracjonalne. Po prostu to czuję. Chciałbym się tak czuć zawsze. To właśnie eMOCje mają realną moc. Są szczere, autentyczne, naturalne. Pewnie, że jaramy się wieloma sprawami, przeżywamy koncerty, muzykę w ogóle, ale w rzeszowskim GA było coś specyficznego, jedynego w swoim rodzaju. Piszę mega patetycznie i donośnie, cała relacja jest niezwykle emocjonalna, ale tak się właśnie czułem. Rzeszów uświadomił mi, że to emocje są prawdziwą esencją życia. Chciałbym zawsze umieć tak przeżywać muzykę, emocjonować się i bawić. Tak żyć. To jest model życia, który chcę wyznawać. Nie bez powodu mówi się, że to okres dzieciństwa jest najszczęśliwszym etapem w życiu człowieka. To właśnie dzieci potrafią się cieszyć ze wszystkiego, są najbardziej autentyczne w swoim zachowaniu. Współczesny świat w swoim szalonym pędzie donikąd i wszechobecnej sztuczności zapomina o przeżywaniu radości. GA Polish Division w Rzeszowie, chyba bardziej niż kiedykolwiek, poczuła się jak grupa przeszczęśliwych dzieciaków, która potrafi nakręcać się najdrobniejszym pozytywnym szczegółem. W całej naszej kompleksowej rzeszowskiej misji to było chyba najpiękniejsze. Przyjechaliśmy z różnych miejsc kraju mając różne życiowe doświadczenia, wyrastając być może w różnych środowiskach, zmagając się z różnymi sytuacjami i przeciwnościami losu. Ale mieliśmy i mamy wspólny cel. Cel, który bardzo silnie nas zjednoczył. Zjednoczył nas pewien zajebisty zespół. "Knując" hotelowo-koncertowe intrygi czuliśmy się ze sobą wyjątkowo. Afiliacja godna najwyższego podziwu. Jesteśmy bardzo silną, mega kreatywną grupą, bez ściemy i skromności. Kogo nie było, musi być następnym razem. Łobuz, szczególnie czekamy na Ciebie. Oddaję wszystkim hołd i pokłony. Dzięki. Za wszystko.